|

- Mama, będziemy hodować winniczki albo inne takie żaby. Może być wąż też. Pan w szkole kazał. - oznajmił mój syn wczoraj o świtaniu. Z trudem otworzyłam oczy - Wojtek stał na bosaka, w piżamie, w ręku dzierżył jakiś dziwny przedmiot, w którym w brzasku poranka z ledwością rozpoznałam ulubiony wazon mojej matki. W drugiej łapce trzymał ociekający sokiem ogórek kiszony. Oprzytomniałam.
- W wazonie kazał hodować?!
- Pan kazał w słoiku, ale my nie mamy słoików.
- A po co ci ogórek kiszony?!
- Dla węża - one są długie, bo jedzą ogórki.
- Kiszone?!
- Surowych nie ma, to co mam im dać?
- Słonia najlepiej, będą wyglądać jak kapelusz - wymamrotałam, wyłażąc z łóżka.
Kuchnia wyglądała jak po bombardowaniu. Syn w poszukiwaniu słoików zlikwidował zawartość kilku weków, które dostałam jakiś czas temu od znajomej. Wojtek deptał mi po piętach, domagając się natychmiast ślimaka, żaby albo węża. W dowolnej kolejności.
Ślimaki udało nam się znaleźć w oczyszczalni ścieków. Dwa - jeden winniczek i drugi taki jakiś mały, w paski. Po drodze tradycyjnie padł mi samochód, który do naprawy pójdzie dopiero w piątek, więc zatrzymaliśmy się w jakimś lesie, czekając na pomoc drogową. Wojtek zabuszował w krzakach. Po kilku godzinach, kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, padłam na chwilę na poduszkę. Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że coś po mnie łazi - pod kołdrą było 8 winniczków i garść ślimaków w paski. Wszystkie dziarsko maszerowały w kierunku mojej twarzy. Winniczek na policzku nie jest najprzyjemniejszym sposobem na pobudkę. Koło łóżka stał wazon matki, obok leżały jakieś liście.
- To dla ślimaków - oznajmił zachwycony sobą syn - Znalazłem je w tym lesie, gdzie urwałaś samochód. One mają zimne nóżki, to okryłem je twoją kołdrą.
Dzięki dziwnej pracy domowej, mamy w domu spore stado oślizgłych zwierzątek. Udało się je wyeksmitować do sporego akwarium, w którym Wojtek kiedyś hodował skalary. Jednego w paski - najładniejszego, imieniem Zygzak - z ulgą oddaliśmy szkole.
Dzisiaj wróciłam do domu po 23 w nocy. Wojtek już spał, a ja na wszelki wypadek przetrzepałam jego plecak - mój syn odziedziczył po mnie galopującą sklerozę i zazwyczaj zapomina połowy niezbędnych rzeczy. W plecaku znalazłam tarkę do warzyw, obieraczkę, ostry jak brzytwa nóż, deskę do chleba, potężną miskę (przy bliższych oględzinach okazało się, że psią) i łyżkę wazową.
- Będziemy robić sałatkę - wyjaśnił wybudzony przeze mnie Wojtek.
- Z winniczków? - zapytałam z nadzieją, bo trójka pupilków jakimś cudem podważyła klapę akwarium i salwowała się brawurową ucieczką na moje biurko.
- Coś ty?! - oburzył się zdegustowany syn - Z marchewki! Dawaj marchewkę!
- Nie mamy marchewki, poszła do rosołu.
- To jedź i kup!
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić - samochodu nadal nie mam, a marchewki kupuję zazwyczaj w Nidzie. Wycyganiłabym coś od sąsiadów, ale raczej nie o północy. Znaleźliśmy potężnego kabaczka, dwie dynie i ogórki małosolne. Marchewki nie mamy, więc syn zawodził w łóżku, że dostanie pałę z sałatek.
Skompletowałam narzędzia do robienia sałatki z marchewki według rysunków w podręczniku syna i na wszelki wypadek przejrzałam jego książki - wygląda na to, że do świąt mamy spokój z marchewkami i ślimakami. Bóg jeden wie, co nas czeka w przyszłym semestrze...
Anka
|