Zajęcia praktyczno-techniczne Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Zezowate słoneczko
Wpisany przez Anka   
piątek, 23 września 2011 00:05

zezowate słoneczko

- Mama, będziemy hodować winniczki albo inne takie żaby. Może być wąż też. Pan w szkole kazał. - oznajmił mój syn wczoraj o świtaniu. Z trudem otworzyłam oczy - Wojtek stał na bosaka, w piżamie, w ręku dzierżył jakiś dziwny przedmiot, w którym w brzasku poranka z ledwością rozpoznałam ulubiony wazon mojej matki. W drugiej łapce trzymał ociekający sokiem ogórek kiszony. Oprzytomniałam.

 

- W wazonie kazał hodować?!

 

- Pan kazał w słoiku, ale my nie mamy słoików.

 

- A po co ci ogórek kiszony?!

 

- Dla węża - one są długie, bo jedzą ogórki.

 

- Kiszone?!

 

- Surowych nie ma, to co mam im dać?

 

- Słonia najlepiej, będą wyglądać jak kapelusz - wymamrotałam, wyłażąc z łóżka.

 

Kuchnia wyglądała jak po bombardowaniu. Syn w poszukiwaniu słoików zlikwidował zawartość kilku weków, które dostałam jakiś czas temu od znajomej. Wojtek deptał mi po piętach, domagając się natychmiast ślimaka, żaby albo węża. W dowolnej kolejności.

 

Ślimaki udało nam się znaleźć w oczyszczalni ścieków. Dwa - jeden winniczek i drugi taki jakiś mały, w paski. Po drodze tradycyjnie padł mi samochód, który do naprawy pójdzie dopiero w piątek, więc zatrzymaliśmy się w jakimś lesie, czekając na pomoc drogową. Wojtek zabuszował w krzakach. Po kilku godzinach, kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, padłam na chwilę na poduszkę. Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że coś po mnie łazi - pod kołdrą było 8 winniczków i garść ślimaków w paski. Wszystkie dziarsko maszerowały w kierunku mojej twarzy. Winniczek na policzku nie jest najprzyjemniejszym sposobem na pobudkę. Koło łóżka stał wazon matki, obok leżały jakieś liście.

 

- To dla ślimaków - oznajmił zachwycony sobą syn -  Znalazłem je w tym lesie, gdzie urwałaś samochód. One mają zimne nóżki, to okryłem je twoją kołdrą.

 

Dzięki dziwnej pracy domowej, mamy w domu spore stado oślizgłych zwierzątek. Udało się je wyeksmitować do sporego akwarium, w którym Wojtek kiedyś hodował skalary. Jednego w paski - najładniejszego, imieniem Zygzak - z ulgą oddaliśmy szkole.

 

Dzisiaj wróciłam do domu po 23 w nocy. Wojtek już spał, a ja na wszelki wypadek przetrzepałam jego plecak - mój syn odziedziczył po mnie galopującą sklerozę i zazwyczaj zapomina połowy niezbędnych rzeczy. W plecaku znalazłam tarkę do warzyw, obieraczkę, ostry jak brzytwa nóż, deskę do chleba, potężną miskę (przy bliższych oględzinach okazało się, że psią) i łyżkę wazową.

 

- Będziemy robić sałatkę - wyjaśnił wybudzony przeze mnie Wojtek.

 

- Z winniczków? - zapytałam z nadzieją, bo trójka pupilków jakimś cudem podważyła klapę akwarium i salwowała się brawurową ucieczką na moje biurko.

 

- Coś ty?! - oburzył się zdegustowany syn - Z marchewki! Dawaj marchewkę!

 

- Nie mamy marchewki, poszła do rosołu.

 

- To jedź i kup!

 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić - samochodu nadal nie mam, a marchewki kupuję zazwyczaj w Nidzie. Wycyganiłabym coś od sąsiadów, ale raczej nie o północy. Znaleźliśmy potężnego kabaczka, dwie dynie i ogórki małosolne. Marchewki nie mamy, więc syn zawodził w łóżku, że dostanie pałę z sałatek.

 

Skompletowałam narzędzia do robienia sałatki z marchewki według rysunków w podręczniku syna i na wszelki wypadek przejrzałam jego książki - wygląda na to, że do świąt mamy spokój z marchewkami i ślimakami. Bóg jeden wie, co nas czeka w przyszłym semestrze...

 

Anka

 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz:
Reklama
Copyright © 2012 Obserwator Piski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
 
maj 2012
P W Ś C Pt S N
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3