|

Nie muszę mieć budzika. O świcie podrywa mnie na równe nogi wrzask kilku kogutów zza płotu, wychowywanych w warunkach ścisłego celibatu. Taki kogut, który w życiu nie widział kury, pieje aż miło. Ledwo uda mi się zakryć głowę poduszką, do akcji włącza się bliżej mi nieznany właściciel ciężarówki do przewożenia drzewa, który tradycyjnie śpieszy się do pracy. Łomot zdezelowanej naczepy od lat kojarzy mi się z jakąś potężną katastrofą budowlaną i absolutnie nie mogę się do niego przyzwyczaić.
Kiedy pan zniknie za linią lasu, pojawiają się właściciele wypożyczalni kajaków. Pół biedy, jeśli jadą z kajakami, gorzej, jeśli właśnie jadą po kajaki. Lekka przyczepa podskakuje rozkosznie na wybojach, a brzęczące łańcuchy są w stanie skutecznie wyrwać z najgłębszego snu. Kiedyś dorwałam takiego osobnika - przyczaiłam się i poczekałam, aż będzie wracał. Objechałam go zdrowo i trafiłam na absolutnie niewinny, zdziwiony i z lekka cielęcy wzrok. Ku mojemu zaskoczeniu pan wygłosił dłuższą mowę, z której wynikało, ze przez takich jak ja (nie omieszkał dodać „z Warszawy”) lokalny biznes nie może się rozwijać, co wpływa na gospodarkę regionu, a w konsekwencji na spadek PKB. Pan odjechał, zostawiając mnie zbaraniałą na środku drogi. Następnego dnia ratował upadającą polską gospodarkę z równym zapałem co poprzedniego poranka.
Po kajakach uaktywnia się jedna z moich sąsiadek, osoba obdarzona przez naturę czystym, białym głosem. Nieprawdopodobny jazgot ostatecznie wyrywa mnie ze snu. Dzień się zaczął... Jest 6:30 rano.
Anka
|