|
Zezowate słoneczko
|
Profil paskudy (z papierosem w zębach) |
|
|
|
Zezowate słoneczko
|
|
Wpisany przez Anka
|
|
czwartek, 01 grudnia 2011 22:15 |
|
Moja o niebo ładniejsza Przyjaciółka trafiła na jednym z uroczych blogów poświęconych mojej skromnej osobie na takie moje zdjęcie ( ohydne i z papierosem w zębach):

Jest niepaląca, mimo to mi doniosła ( z konieczności bez papierosa w zębach).
Tak, to ja. Jak przypuszczam, była to majówka w Karwicy i ja (z papierosem w zębach). To zdjęcie mnie pognębiło - nie sądziłam, że z profilu wyglądam jak Fragles... ( z papierosem w zębach)
Z drugiej strony? Dlaczego nie? Kobieta pracująca... Tylko ten ohydny profil ( z papierosem w zębach).
Znam to zdjęcie i jego Autora (nie miał papierosa w zębach, był za to łysy, miał aparat i mówił o sobie prywatnie w pierwszej osobie liczby pojedynczej).
Fajnie na nim wyszłam ( z papierosem w zębach).
Jakbyście zobaczyli Fraglesa w okularach (z papierosem w zębach), z niedowagą i podwójnym podbródkiem to będę ja.
Pomachajcie mi. Z papierosem w zębach albo i bez niego.
Anka (nadal z papierosem w zębach)
Ja mam podwójny podbródek (i papieros w zębach)?!
Jestem niemal niepaląca!
(z papierosem w zębach)
Anka |
|
|
Survival, czyli jak dojechać do Warszawy |
|
|
|
Zezowate słoneczko
|
|
Wpisany przez Anka Grzybowska
|
|
czwartek, 17 listopada 2011 08:32 |
|
Jazda do stolicy to przygoda. I to od samego początku.
Do Warszawy zazwyczaj jeżdżę autobusem - wygodniej, taniej, a na dworcu i tak ktoś mnie odbiera. Fakt, że jeżdżę najczęściej w sezonie, ale w sumie, co za różnica. Wydaje się kompletnie nieprawdopodobne, żeby poza sezonem nie było autobusów. Najpierw przetrzepałam net, gdzie dowiedziałam się o kilku kursach. Co z tego, skoro żaden z nich nie jest aktualny. Poprosiłam znajomego o sprawdzenie autobusów z Ukty i Rucianego - jakieś są, ale oznaczone tajemniczymi literkami. Dzwonię do Pisza, do informacji PKS. Odbiera jakaś niewiasta.
- Z Rucianego chce pani jechać? Ale tam nic nie chodzi! Pani, to dziura, pipidówek taki!
Jak nie chodzi, jak na rozkładzie autobusy są.
- Może i są, bo ja wiem? To pewnie inny przewoźnik. Pani dzwoni do Mrągowa, Kętrzyna i Ełku. Ja tam o autobusach nic nie wiem.
Na wszelki wypadek upewniam się, czy aby dodzwoniłam się do informacji PKS. Pani potwierdza i poleca mi jakiś autobus o 9:30 z Pisza. Podobno chodzi, ale pani pewna nie jest. Jak mam z Warszawy na Mazury wrócić, tego pani też nie wie. Podobno wiedzą na Dworcu Zachodnim.
Dzwonię do Mrągowa. Kolejna pani, szalenie sprawą przejęta. Rano autobusów nie ma, o tym o 9:30 z Pisza pani nic nie wie, ale obiecuje trzymać kciuki za szczęśliwy wyjazd i powrót.
- Pani, nie ma żadnych autobusów! Są do Ostrołęki. Będzie pani miała bliżej - pociesza mnie pani z Mrągowa - Niech się pani jakoś dostanie do Myszyńca. O! Z Myszyńca są!
Jak mam się dostać do Myszyńca, pani wprawdzie nie wie, ale poleca mi uprzejmie poczekać do lata. W lecie autobusy są, co zresztą wiele razy sprawdziłam na własnej skórze.
Znowu dzwonię do Pisza. Na Zachodniej ktoś ma na mnie czekać i chciałabym chociaż w przybliżeniu wiedzieć, kiedy autobus-widmo o 9:30 na dworzec się dotelepie.
- A, to ja nie wiem, o której on przychodzi, bo to inny przewoźnik - mówi pani z informacji - Może być między 13 a 15.
Rewelacja. To jedynie dwie godziny różnicy, a jak podejrzewam na Zachodnim są jakieś budy z kebabem, gdzie mój przyjaciel może te dwie godziny przeczekać. W pewnym momencie coś mnie tknęło, policzyłam na palcach i wyszło mi, że do Warszawy w najgorszym wypadku będę jechać 6 godzin. I tak lepsze to, niż podróż pociągiem sprzed lat, gdzie godzinę koczowało się na dworcu w Olsztynie, bo lokomotywę zmieniali.
Usiłuję dowiedzieć się, czy istnieje jakaś ogólna informacja autobusowa, która wie o rejsach innych niż PKS przewoźników. Nie istnieje. Pani poleca mi dzwonić po przewoźnikach. Super, ale pani nie ma do nich telefonów, a ja nie mam pojęcia, kto obsługuje trasę do Warszawy i gdzie ten ktoś ma siedzibę. Pytam, gdzie mogę zakupić bilet na autobus-widmo.
- No, jak gdzie? - dziwi się pani mojej indolencji umysłowej - U kierowcy.
A jak autobus będzie pełen?
- To pani nie pojedzie i tyle - filozoficznie stwierdza pani w informacji - Poczeka pani trochę na ten o 15 i może się uda.
Świetnie. Zawsze marzyłam o spędzeniu kilku godzin na dworcu w powiatowym mieście Pisz, gdzie nie ma nawet jakiejś knajpy czy wiaty, gdzie można byłoby się schować. Jeszcze raz upewniam się, czy ten autobus o 9:30 chodzi.
- Może być, że tak - zamyśla się pani po drugiej stronie słuchawki – Pani przyjedzie i sama zobaczy.
Dobra, przyjadę i zobaczę. Nie wiem wprawdzie, czy uda mi się wrócić na Mazury, ale może na Zachodnim coś będą wiedzieć. Tyle tylko, że na Zachodnim od tygodnia nie ma informacji, bo przebudowują ten kawałek dworca. Podobno można coś wyczaić na rozkładach, ale nikt nie daje gwarancji, że są aktualne.
- Wie pani, to jest niby tak - informuje mnie pani na Zachodnim - Mają niby aktualizować sami, ale komu by się chciało...
No tak... To zupełnie jasne.
Odłożyłam słuchawkę i pomyślałam sobie, że wielu moich znajomych na Mazury jeździ w taki sam sposób co ja. Chcemy się promować, chcemy przyciągać turystów. Może zacznijmy od tego, żeby takiemu nieszczęśnikowi dać jakiś środek transportu? Bez przygód, tak zupełnie normalnie. Kupuje się bilet z wyprzedzeniem, chociażby przez net, jedzie się o konkretnej godzinie, wsiada i dojeżdża na Zachodni. Albo odwrotnie - z Zachodniego do Rucianego. Może byłoby miło, gdyby była jakaś informacja, czy coś w podobie?
No tak, ale wtedy byłoby nudno i tak zwyczajnie. A tak podróż do Warszawy zamienia się w survival. I to też jest jakiś pomysł na promocję.
Anka Grzybowska
|
|
Zajęcia praktyczno-techniczne |
|
|
|
Zezowate słoneczko
|
|
Wpisany przez Anka
|
|
piątek, 23 września 2011 00:05 |
|

- Mama, będziemy hodować winniczki albo inne takie żaby. Może być wąż też. Pan w szkole kazał. - oznajmił mój syn wczoraj o świtaniu. Z trudem otworzyłam oczy - Wojtek stał na bosaka, w piżamie, w ręku dzierżył jakiś dziwny przedmiot, w którym w brzasku poranka z ledwością rozpoznałam ulubiony wazon mojej matki. W drugiej łapce trzymał ociekający sokiem ogórek kiszony. Oprzytomniałam.
- W wazonie kazał hodować?!
- Pan kazał w słoiku, ale my nie mamy słoików.
- A po co ci ogórek kiszony?!
- Dla węża - one są długie, bo jedzą ogórki.
- Kiszone?!
- Surowych nie ma, to co mam im dać?
- Słonia najlepiej, będą wyglądać jak kapelusz - wymamrotałam, wyłażąc z łóżka.
Kuchnia wyglądała jak po bombardowaniu. Syn w poszukiwaniu słoików zlikwidował zawartość kilku weków, które dostałam jakiś czas temu od znajomej. Wojtek deptał mi po piętach, domagając się natychmiast ślimaka, żaby albo węża. W dowolnej kolejności.
Ślimaki udało nam się znaleźć w oczyszczalni ścieków. Dwa - jeden winniczek i drugi taki jakiś mały, w paski. Po drodze tradycyjnie padł mi samochód, który do naprawy pójdzie dopiero w piątek, więc zatrzymaliśmy się w jakimś lesie, czekając na pomoc drogową. Wojtek zabuszował w krzakach. Po kilku godzinach, kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, padłam na chwilę na poduszkę. Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że coś po mnie łazi - pod kołdrą było 8 winniczków i garść ślimaków w paski. Wszystkie dziarsko maszerowały w kierunku mojej twarzy. Winniczek na policzku nie jest najprzyjemniejszym sposobem na pobudkę. Koło łóżka stał wazon matki, obok leżały jakieś liście.
- To dla ślimaków - oznajmił zachwycony sobą syn - Znalazłem je w tym lesie, gdzie urwałaś samochód. One mają zimne nóżki, to okryłem je twoją kołdrą.
Dzięki dziwnej pracy domowej, mamy w domu spore stado oślizgłych zwierzątek. Udało się je wyeksmitować do sporego akwarium, w którym Wojtek kiedyś hodował skalary. Jednego w paski - najładniejszego, imieniem Zygzak - z ulgą oddaliśmy szkole.
Dzisiaj wróciłam do domu po 23 w nocy. Wojtek już spał, a ja na wszelki wypadek przetrzepałam jego plecak - mój syn odziedziczył po mnie galopującą sklerozę i zazwyczaj zapomina połowy niezbędnych rzeczy. W plecaku znalazłam tarkę do warzyw, obieraczkę, ostry jak brzytwa nóż, deskę do chleba, potężną miskę (przy bliższych oględzinach okazało się, że psią) i łyżkę wazową.
- Będziemy robić sałatkę - wyjaśnił wybudzony przeze mnie Wojtek.
- Z winniczków? - zapytałam z nadzieją, bo trójka pupilków jakimś cudem podważyła klapę akwarium i salwowała się brawurową ucieczką na moje biurko.
- Coś ty?! - oburzył się zdegustowany syn - Z marchewki! Dawaj marchewkę!
- Nie mamy marchewki, poszła do rosołu.
- To jedź i kup!
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić - samochodu nadal nie mam, a marchewki kupuję zazwyczaj w Nidzie. Wycyganiłabym coś od sąsiadów, ale raczej nie o północy. Znaleźliśmy potężnego kabaczka, dwie dynie i ogórki małosolne. Marchewki nie mamy, więc syn zawodził w łóżku, że dostanie pałę z sałatek.
Skompletowałam narzędzia do robienia sałatki z marchewki według rysunków w podręczniku syna i na wszelki wypadek przejrzałam jego książki - wygląda na to, że do świąt mamy spokój z marchewkami i ślimakami. Bóg jeden wie, co nas czeka w przyszłym semestrze...
Anka |
|
|
Jak się wali, czyli jak dożyć poniedziałku |
|
|
|
Zezowate słoneczko
|
|
Wpisany przez Anka
|
|
piątek, 09 września 2011 11:47 |
|
- Ciekawe, co się jeszcze dzisiaj stanie - westchnął mój syn odprowadzając wzrokiem panie kontrolerki, które przez dwa dni trzepały moje papiery firmowe. Pytanie nie było pozbawione sensu. Po serii pogrzebów bliżej mi nieznanych członków dalszej rodziny, nastąpiła fala awarii samochodu, unieruchamiając mnie skutecznie w domu. Do samochodu potrzebna jest część której nigdzie nie ma, więc mój wysłużony passat stoi sobie tymczasem na podwórku, a ja korzystając z uprzejmości mojej księgowej pielgrzymuję razem z nią po urzędach. Tuż przed awarią samochodu szlag mi trafił ostatni monitor do kompa, a całości nieszczęść dopełnił dzisiejszy poranek, kiedy to zwlokłam się z łóżka z potężną gorączką i niesamowitym sznaps-barytonem. Mimo grypy bohatersko odstawiłam syna do gimbusa i pojechałam z księgową do kolejnego urzędu. Tam zaprzyjaźniony ze mną kontroler po prostu mnie wylał, obawiając się o własne zdrowie. Co się odwlecze, to nie uciecze - mam się stawić w poniedziałek. O ile dożyję.
Pocieszające jest to, że znajomy namierzył brakującą część gdzieś pod Olsztynem i najprawdopodobniej mi ją dostarczy jutro. Oby, bo może uda mi się w poniedziałek dotrzeć do doktor Zagórskiej. O ilę dożyję...
Anka |
|
Jutrzenki blask duszkiem pić |
|
|
|
Zezowate słoneczko
|
|
Wpisany przez Anka
|
|
sobota, 13 sierpnia 2011 10:56 |
|

Nie muszę mieć budzika. O świcie podrywa mnie na równe nogi wrzask kilku kogutów zza płotu, wychowywanych w warunkach ścisłego celibatu. Taki kogut, który w życiu nie widział kury, pieje aż miło. Ledwo uda mi się zakryć głowę poduszką, do akcji włącza się bliżej mi nieznany właściciel ciężarówki do przewożenia drzewa, który tradycyjnie śpieszy się do pracy. Łomot zdezelowanej naczepy od lat kojarzy mi się z jakąś potężną katastrofą budowlaną i absolutnie nie mogę się do niego przyzwyczaić.
Kiedy pan zniknie za linią lasu, pojawiają się właściciele wypożyczalni kajaków. Pół biedy, jeśli jadą z kajakami, gorzej, jeśli właśnie jadą po kajaki. Lekka przyczepa podskakuje rozkosznie na wybojach, a brzęczące łańcuchy są w stanie skutecznie wyrwać z najgłębszego snu. Kiedyś dorwałam takiego osobnika - przyczaiłam się i poczekałam, aż będzie wracał. Objechałam go zdrowo i trafiłam na absolutnie niewinny, zdziwiony i z lekka cielęcy wzrok. Ku mojemu zaskoczeniu pan wygłosił dłuższą mowę, z której wynikało, ze przez takich jak ja (nie omieszkał dodać „z Warszawy”) lokalny biznes nie może się rozwijać, co wpływa na gospodarkę regionu, a w konsekwencji na spadek PKB. Pan odjechał, zostawiając mnie zbaraniałą na środku drogi. Następnego dnia ratował upadającą polską gospodarkę z równym zapałem co poprzedniego poranka.
Po kajakach uaktywnia się jedna z moich sąsiadek, osoba obdarzona przez naturę czystym, białym głosem. Nieprawdopodobny jazgot ostatecznie wyrywa mnie ze snu. Dzień się zaczął... Jest 6:30 rano.
Anka |
|
|
|
|
|
Copyright © 2012 Obserwator Piski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
|
|
|