Jak powstaje Obserwator Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Głos Naczelnej
Wpisany przez naczelna   
piątek, 03 lutego 2012 07:20

Nowy Obserwator pojechał przed chwilą do punktów dystrybucyjnych, a ja mam chwilę czasu, żeby wypić kolejną kawę i opowiedzieć Państwu o kulisach powstawania gazety.


Materiały do kolejnego numeru zaczynamy zbierać właściwie w momencie wypuszczenia poprzedniego. Początkowo nie mamy nic i gdzieś tak w połowie tygodnia zaczynam wpadać w lekką panikę. Tematy tradycyjnie sypią się w ostatniej chwili.


Tym razem tuż przed rozpoczęciem składu mieliśmy tragedią na Śniardwach - wiadomo, że trzeba o tym napisać, ale czasu jest mało, a wpadłam na pomysł, żeby zmusić do rozmowy któregoś z ratowników. Noc z wtorku na środę spędzam przy telefonie - podajemy na bieżąco rozwój akcji na jeziorze. We środę rano łapię strażaka, ten jest nieprzytomny ze zmęczenia, na dodatek jedzie na Wybrzeże i nie może rozmawiać. Monituję jak się da - na Facebooku zostawiam ewentualne pytania, nagrywam się na sekretarkę, załatwiam pozwolenia przełożonych chłopaka na rozmowę. Wreszcie wieczorem we środę dowiaduję się, że tekst będzie we czwartek rano. W tym czasie dzwoni Jacek, że jeśli do czwartku o świcie nie dostanie materiałów, to numeru nie będzie, bo on po prostu nie zdąży. Monituję strażaka, a tu kolejna wtopa - nie mamy tekstu z serii „nasze talenty”. Dziewczyna, która była jego główną bohaterką nawaliła, nie mamy autoryzacji, zdjęć i mamy dziurę na pół strony. Opieprzam Bogu ducha winnego Mateusza, który na biegu robi wywiad z przemiłym zawodnikiem Huraganu Wojnowo. Ten tekst miał iść w następnym numerze.


Zatykamy dziurę po talencie i zaczyna się kolejna zabawa - nie mamy zdjęć z lodowiska, a tekst już poszedł do składu, na dodatek na jedynce. Zdjęć nie ma i nie ma lodowiska - strażacy którzy mieli zalewać je wodą brali udział w akcji na Śniardwach i nie dojechali. Użebruję zdjęcie z odśnieżania dna starego basenu, Jacek klnie, ale mówi, ze coś z tego jednak będzie.


Otwieram maila, a tam listy do redakcji - dość dużo. Kolejne przynosi listonosz - pracowicie spisane na kartkach papieru w kratkę, kompletnie nieczytelnym pismem. Wybieram dwa, poprawiam co się da i puszczam do Jacka. Sprawdzam teksty już napisane, kolejne poprawki. Jest 3 w nocy ze środy na czwartek. Kładę się na chwilę, o 5 rano telefon - dzwoni bardzo miła starsza pani z hiobową wieścią, że były burmistrz otruł jej kota. Wysłuchuję długiej opowieści o zaletach nieboszczyka, słucham pomstowania na drożyznę i niskie emerytury. Pani kilkakrotnie upewnia się, ze poruszę temat nieżywego kota, za oknem dnieje. Nie bardzo jest się po co kłaść. Siadam do korekty kolejnych tekstów, modląc się, żeby strażak nie nawalił. Oczyma duszy widzę dziurę na 3/4 strony.


Dzwoni Jacek - materiał w drukarni musi być najpóźniej o 20. Zostało mało czasu, a wszystko jest w proszku. Na dodatek mam jakieś spotkanie na którym muszę być, a poza tym zapowiedziało się kilku naszych czytelników. Nie mogę odmówić, wiec muszę się sprężać. To druga z kolei zarwana noc i zaczynam podpierać oczy zapałkami. Idę zrobić sobie kolejną kawę, a z kranu nic nie leci - szlag trafił hydrofor. Łapię za telefon i organizuję pomoc, w tym czasie dzwoni jakiś pan z żądaniem, żebym natychmiast zajęła się sprawą ławek w Alei Wczasów. Nie do końca wiem, o co chodzi, obiecuję oddzwonić w poniedziałek. Potem jeszcze kilka telefonów - o dziurze i urwanym kole (notuję, żeby dziurą się zająć), o wrednym sąsiedzie, o działkach nad jeziorem, o maszcie telefonii komórkowej i o planowanej akcji społecznej. Słucham i jednocześnie poprawiam teksty. Puszczam co mam Jackowi. Przychodzą panowie reperować hydrofor, a ja zaczynam mieć apogeum zaziębienia. Ledwo mówię, mam koszmarny katar. Lecę na jedno spotkanie, potem na drugie, wpada kilka osób z wieściami i papierami różnymi. Na dworze już ciemno, a ja jeszcze nie mam wszystkiego do numeru. Na szczęście strażak wysłał materiał, nie wiedzieć czemu poprawiając też mój tekst, czego w ogóle nie zauważyłam, a szkoda. Dopiero kiedy wzięłam w rękę gazetę zobaczyłam błędy składniowe.

 

Uff, puściłam wszystko, jest dobrze. Dzwoni Jacek - czyli jednak nie jest. Wspólnik komunikuje mi grobowym głosem, że mamy dziurę na jedynce i na 9, a na 8 też by się coś przydało. Świetnie - kombinujemy teksty, odzywa się drukarnia z pytaniem, czy mamy coś zamiar przysłać czy nie. Jest prawie 20, a my mamy te dziury... Usiłuję wysłać Jackowi teksty, a tu pada światło. Ciemno choć oko wykol. Musze wynieść żar z pieca, bo mi rozsadzi zbiornik CO. Targam żar na dwór, jednocześnie ustalając szczegóły z Jackiem. Ciekawe, kiedy włączą światło?

 

Zatykamy telefonicznie dziury, Jacek puszcza całość do drukarni. Przeszło - dzwonią z Olsztyna, ze poszło na maszyny, ale kierowca będzie między 1 w nocy a 4 rano, a ponieważ jest nowy, nie wie, gdzie zrzucić nakład. Muszę przy tym być. Szykuje się kolejna fajna noc, ale przynajmniej wiem, że wszystko jest OK i nic nie powinno nawalić. Umawiam się, że kierowca zadzwoni i padam na chwilę do łóżka. Jest 24 z kawałeczkiem, czyli już piątek. Kierowca dzwoni dokładnie wtedy, kiedy udało mi się przysnąć - wyjeżdża z Olsztyna, będzie za półtorej-dwie godziny. Nie bardzo jest się po co kłaść, robię sobie kawę i czekam. Na szczęście jest światło, więc buszuję po necie. Po dwóch godzinach przyjeżdża nakład. Jest 3 z kawałeczkiem, zaraz pojawi się kolportaż. Zasypiam na chwilę, z jakiegoś miłego snu wyrywa mnie telefon. Spałam godzinę. Rozkoszny i z lekka podpity głos pyta mnie czy nie śpię. Głos poznaje, numer mi się wyświetla. Opieprzam kretyna i robię sobie kolejną kawę. Pożeram jakiś gripex i wychodzę na chwilę na dwór żeby oprzytomnieć. Zimno jak cholera.

 

Przed szóstą jest kolportaż, ładujemy nakład na pakę. O 6 dzwoni pierwszy wściekły Czytelnik - był po bułki i nie było Obserwatora, a napisałam, że będzie. Jak znam życie, takich telefonów czeka mnie jeszcze kilkanaście.

 

Przeglądam gazetę i widzę błędy. Szlag mnie trafia, odbieram kolejny telefon. Zaczął się nowy dzień.


Anka Grzybowska

 

 
Komentarze (4)
najważniejsze
1piątek, 03 lutego 2012 22:50
olo
Pani Aniu, ze już jest nowy numer Obserwatora i mogliśmy go przeczytać, ale znajomi się skarżyli, ze chodzili szukali i już nie było, może za mało go daliście.Artykuły jak zawsze odważne i demaskujące przestępstwa ludzi czynione za przyzwoleniem naszej obecnej władzy.A wiemy , ze są to rzeczy nie zmyślone, lecz niestety prawdziwe.Dziękujemy Pani za darmową ciężką pracę.
gazeta prywatna naszej władzy
2piątek, 03 lutego 2012 23:13
anna
szmatławiec gminny w nowym numerze tłumaczy się z zarzutów referendalnych, które oczywiście wszystkie w ich mniemaniu są niesłuszne, próbują szkalować i oczerniać panią Anię. Nasza gminna marionetka co za grosze kupiła lekarzówkę próbuje w beznadziejny sposób szkalować ludzi, którzy wypowiadali się w Interwencji.Ten pan sięga dna, nie ma nawet krzty w nim przyzwoitości.Ale mamy przewodniczącego Rady.
jestem na fali
3sobota, 04 lutego 2012 02:06
AVE
tego typu artykuły w pani wydaniu już kilka razy czytałem,. Fabuła ta sama,ciagłe telefony,kawa,zarwana noc reżyseria prawie podobna jedyna różnica to ludzie biorący udział.Ponad rok temy pisała pani o wyborach samorzadowych i podobnie to wszystko brzmiało tak " nasiadówki, wywiady itp." secenariusz sie powtarza tylko inni aktorzy
koszty
4piątek, 10 lutego 2012 16:30
czytelnik
zastanawiają mnie koszty 1nakładu i zródła finansowania .

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz:
Reklama
Copyright © 2012 Obserwator Piski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
 
maj 2012
P W Ś C Pt S N
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3