|
Głos Naczelnej
|
Telefon do kierownika Noska, czyli jak wywieźć szambo |
|
|
|
Głos Naczelnej
|
|
Wpisany przez naczelna
|
|
wtorek, 21 lutego 2012 01:15 |
|
Parę dni temu wywaliło mi szambo. Panowie Lipka i Banach z wiadomych względów są na mnie ciężko obrażeni, więc nawet do nich nie dzwonię. Innych telefonów do szambowozów nie mam. Od czego jest jednak nieoceniony ZUK? Dzwonię. Telefon odbiera sam pan Nosek:
- Pani Aniu, nie ma sprawy. Wysyłamy beczkę. Pani ma małe szambo, tak? Jedna starczy?
Starczy. Czekam na beczkę. Zamiast beczki doczekuję się telefonu. Dzwoni sam pan kierownik ZUK:
- To znaczy, jest taka sprawa, że w beczce poszła pompa i eeeee... No nie mamy innej i nie mamy czym przyjechać, to ja pani dam telefon do pana, który ma beczkę.
Notuję pilnie, dzwonię.
- Nie ma sprawy, zaraz będę - mówi mi polecony przez pana Noska pan – usługa kosztuje 160 złotych.
Ile?! No nie, bez przesady!
Dzwonię do Piecek - beczka jest w ciągu godziny, płacę 70 złotych.
Pod moim domem wykopano dwie studzienki kanalizacyjne - obie całe śliczne i na koszt gminy. Kanalizacje teoretycznie mam, ale w Wolce, w przepompowni do dzisiaj nie ma prądu. W ten sposób kilka wsi nie ma kanalizacji. Mamy za to zryte podwórka i teoretyczną rurę. ZUK nie ma beczkowozów, bo obecny burmistrz, a wcześniej kierownik tej znakomitej placówki pszczółki sprzedał prywaciarzom, którzy do dzisiaj tłuką na nich ciężką kasę. ZUK nie tłucze, bo nie ma na czym. Ma za to wieczne długi. A ja szambiarkę zamawiam w Pieckach. Polecam - tanio i szybko. Służę namiarami.
Anka Grzybowska |
|
Poprawiony: wtorek, 21 lutego 2012 01:40 |
|
|
Pokażcie swoją siłę |
|
|
|
Głos Naczelnej
|
|
Wpisany przez naczelna
|
|
niedziela, 19 lutego 2012 12:13 |
|
Sprawa podwyżek ciepła w Nidzie rozgrzała Państwa do białości – dawno nie odebrałam takiej ilości telefonów w jednej sprawie. Dzwonili przede wszystkim rodzice małych dzieci, które najzwyczajniej marzną we własnych domach. Byłam, widziałam, sama zmarzłam. Nie wiem, jak można żyć w takich warunkach.
Ceny za ogrzewanie w Nidzie są skandaliczne. W kilku postach przeczytałam, że winne są władze - zarówno gminy, jak i spółdzielni. Racja - gmina jest po to, żeby murem stanąć za mieszkańcami. Podobnie władze spółdzielni, które za wszelką cenę powinny bić się o dobro ludzi. Walczyć, nie tylko wysłuchiwać opowieści szefów PEC-u. Tu są dwie strony – usługodawca i usługobiorca. Problem polega na tym, ze usługodawca nie ma konkurencji, więc rąbie ceny, bo jemu na jak najwyższych cenach zależy. Ponieważ nie ma konkurencji, więc mieszkańcy nie mogą wybrać kogoś tańszego. I tu właśnie jest rola władz spółdzielni - w bloku wybudowanym przez Ryszarda Proroka mieszkańcy płacą od metra kwadratowego powierzchni i płacą relatywnie mało, a mają w domach ciepło. Nikt nie przykręca kaloryferów, bo po co. Płaci się ryczałt. Ale takie rozwiązanie nie wzięło sie z nieba - ktoś je wynegocjował.
Porównuję ceny za ogrzewanie w Nidzie z moim własnym piecem. Mam centralne, palę węglem. Dom mam dość duży - z zewnątrz nie wygląda okazale, ale ciągnie się w stronę ogrodu. Ogrzewanie około 160 metrów to dwie tony węgla - liczmy, że to 1800 złotych. Płacę około 150 złotych miesięcznie w skali roku, czyli nieco ponad 11 złotych za metr kwadratowy rocznie. Porównajcie powierzchnię mojego domu z powierzchnią mieszkania z Nidzie. Mam w tej chwili 24 stopnie, w ostatnie lute mrozy miałam około 22 stopni. Wczoraj w nidzkim mieszkaniu było około 10 stopni, w kuchni było trochę cieplej, ale to dlatego, że akurat gotował się obiad.
Jakiś czas temu w blokach była przeprowadzana termomodernizacja - to wtedy ze ścian zniknęły koszmarne bohomazy jakiś tańczących par. Skoro ocieplono bloki, to dlaczego do cholery w narożnych mieszkaniach jest tak koszmarnie zimno?
Kilka dni temu byłam u mojego przyjaciela na warszawskim Ursynowie. Ma nieduże, dwupokojowe mieszkanie, ale w środku jest upał. Płaci od metra kwadratowego i cenami się nie przejmuje. Wszystko jedno, czy na dworze jest -20 czy +30 - on płaci tyle samo, około 70 złotych miesięcznie. Dlaczego w nidzkich spółdzielniach nie zastosowano takiego rozwiązania, tego kompletnie nie rozumiem.
Mieszkałam wiele lat temu na osiedlu Multi Hekk w Piasecznie. To było spore osiedle - w sumie mieszkało tam ponad 5000 osób. Obok kolejne - osiedle Słowicza z sześcioma tysiącami mieszkańców. Na jednym z zebrań dowiedzieliśmy się, że wzrosły ceny za ogrzewanie części naszego osiedla - mnie to nie dotyczyło, ogrzewanie i wodę miałam z piecyka gazowego. Ktoś oznajmił, ze u nas rosną, a na Słowiczej nie. Coś było nie halo - sprawdziliśmy, faktycznie. Kilka dni później nasz prezes musiał pożegnać się z pracą, a jego następca, pomny smutnego losu poprzednika czym prędzej wydarł naszej ciepłowni z gardła znaczne bonifikaty. Głosowaliśmy solidarnie, bez względu na nasz prywatny interes.
Pytałam mieszkańców, dlaczego nie odwołają władz spółdzielni - dowiedziałam się, że się boją, bo pan X ma umocowania w gminie, pan Y brał udział w kampanii obecnego burmistrza, a prace interwencyjne, a roboty publiczne? A szwagierka zatrudniona w gminie? Wola płacić, zapożyczać się u znajomych i wegetować w zimnych mieszkaniach w oczekiwaniu na lato. Wysłuchałam tego wszystkiego i z lekka zdrętwiałam - w kilku postach wyczytałam prośby o pomoc. Ja nie potrafię Państwu pomóc, dopóty, dopóki nie poczujecie swojej siły dopóki nie zrozumiecie, że żywot prezesów spółdzielni zależy wyłącznie od Was, dopóki nie dotrze do Was, że walczycie o swoje i możecie to zrobić. Możecie odwołać każdego - władze gminy, prezesa, który nic nie robi, możecie przewrócić wasz gminny świat do góry nogami. Wtedy to nie Wy będziecie się ich bać. To oni będą się budzić w nocy zlani potem i niepewni swoich posad. To nie oni są wszechwładni, tylko Wy. Pokażcie im na co Was stać, walczcie o swoje pieniądze. Mówiąc kolokwialnie - wyjedźcie na kopach na jednym czy drugim dżentelmenie, a nagle okaże się, że kolejny zacznie się bać Waszego gniewu. I na tym to niestety polega. My możemy jedynie Wam pomóc nagłośnić sprawę. Na to możecie liczyć, bo to co się dzieje w nidzkich spółdzielniach to skandal.
Anka Grzybowska |
|
Magiel gminny |
|
|
|
Głos Naczelnej
|
|
Wpisany przez naczelna
|
|
czwartek, 16 lutego 2012 17:11 |
|
Słucham gminnych plotek z pewnym niedowierzaniem. Dzisiaj przy okazji zakupów dowiedziałam się, że w referendum mogę brać udział jedynie te osoby, które brały udział w wyborach na burmistrza gminy. Nie mam pojęcia skąd ten pomysł - podejrzewam,ze wyszedł z obozu Opalacha. W Polsce wybory są tajne i bezpośrednie - nie chodzi o to, kto glosował w poprzednich wyborach, chodzi wyłącznie o ilość. Do urn musi pójść 3/5 tej ilości osób, które brały udział w głosowaniu w II turze wyborów na burmistrza.
Potem ktoś w sklepie sprzedał mi wieść hiobową, że nawet jeśli Opalacha odwołamy, to jeszcze sobie porządzi, bo trzeba to ogłosić w Dzienniku Urzędowym Województwa, a ten wyjdzie nie wiadomo kiedy. Kolejny blef - jeśli odwołamy Opalacha w niedzielę, w nocy wyniki w formie elektronicznej, do której nikt nie ma dostępu, lądują u Komisarza Wyborczego i następnego dnia (poniedziałek) są ogłaszane w „specjalnym wydaniu” Dziennika. Innymi słowy - możemy sobie przyjść pod gminę i popatrzeć, jak Opalach w poniedziałek wynosi kartony z gratami z urzędu. Jeśli chodzi o mnie - będę i z chęcią popatrzę. W momencie ogłoszenia wyników Dzienniku Urzędowym Województwa Opalach staje się osobą bezrobotną. Jak dalece sprawa jest tajna, można prześledzić na podstawie podpisów pod wnioskiem o referendum: wypłynął tylko jeden podpis - mój - i to tylko dlatego, że sama się do niego przyznałam. Nie ma szans, żeby ktokolwiek do tych podpisów się dobrał. A nawet jeśli - kto jest komukolwiek w stanie udowodnić, że głosował za odwołaniem, a nie przeciw?
Sytuacja w tej chwili jest taka - Opalach walczy o życie. Ma bezrobotną żonę, jeśli straci pracę wszystkie kredyty, życie, opłaty diabli wezmą. Dodajmy do tego małe dziecko w wieku jego wnuczki i alimenty zasądzone na rzecz córki. Można sobie strzelić w łeb.
Ostatnio burmistrz za masze pieniądze kupił sobie laptopa z wejściem do netu i aparat cyfrowy. Aparatów w gminie jest dostatek, ale ktoś musi hobby burmistrza finansować. Piszę o tym wprost, wiedząc, że za chwilę posypią się komentarze, ze to jest gminne i oczywiście racja będzie po stronie komentujących - to jest gminne, ale kompletnie niepotrzebne. W tej chwili potrzebna jest praca, praca i jeszcze raz praca. Nie dla zastępcy, asystenta, kierownika ZUK, pani skarbnik za którą robotę odwala księgowa z powiatu Barbara Koprowska, nie dla zatrudnionych z „rozdania” urzędników, tylko dla mieszkańców. Tyle tylko, ze mieszkańcy o swoje boją się walczyć, a dworek Opalacha zrobi teraz wszystko, żeby utrzymać stołki i dobrą płacę. Gorzej - dworek ma na to pieniądze.
Gminna gazetka, która zajmuje się walką z przeciwnikami, jest finansowana z naszych pieniędzy. Kasy jest w bród. Co to dla burmistrza kilka tysięcy w ta czy w tamtą stronę- wydajemy! Nie my za to płacimy. Teksty sa niepodpisane (to mnie akurat nie dziwi, też bym się wstydziła), nie ma stopki, naczelnego i wydawcy. Nie ma niczego, gazetka jest anonimowa, ale darmowa - nie trzeba wyłożyć na nią prywatnych pieniędzy - więc hulaj dusza. Co ciekawe - pan Strzałkowski, mieniący się „naczelnym” nie ma tego w swoich obowiązkach. Czyli „naczelnym” nie jest. Jeśli nie on, to kto u diabła?
Od kilku dni Opalach spotyka się z mieszkańcami. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby z równą ochotą spotykał się w czasie kadencji. Grunt ucieka mu spod nóg i sięga po stare sposoby - pojedzie, powie i zrobi z ludzi durni. Zauważcie, że na spotkaniach zawsze jest z kimś - on nie może powiedzieć słowa „referendum”, bo wylądowałby w sadzie w trybie wyborczym. Ktoś inny już po spotkaniach mówi to za niego. Ot, takie wyciąganie kasztanów z ognia cudzymi rękoma. Wyjatkowo fajne podejście do sprawy.
Opalach liczy na to, że ludzi zastraszy - „ktoś” puszcza plotki o tym, ze wyjdą podpisy, „ktoś” inny daje cynk o tym, że mogą glosować jedynie ci, którzy poszli do głosowania na burmistrza, „ktoś” kolejny opowiada dyrdymały o tym, że Opalach sobie jeszcze po referendum porządzi i Opalach jeszcze zdąży wystawić kilka zwolnień. Bzdura, ale sporo osób w to uwierzyło. „Ktoś” rzecz jasna pozostaje anonimowy. Takich 'ktosiów” z rozdania będzie sporo - jakiś człowiek sprawdzający liczniki, jakiś kolejny siedzący na wysypisku, jakieś zachwycone Opalachem niewiasty. Zawsze skądś można tych ludzi wziąć, coś im obiecać i puścić w plener.
Patrzę z niedowierzaniem nie tylko na gminne plotki - patrzę na to, co w tej gminie się dzieje. Mam skalę porównawczą - to nie pierwsze miejsce, w którym żyję. Być może to miejsce ostatnie, bo polubiłam te gminę, tu mam groby bliskich i dom. Może dlatego w liście Opalacha, który opublikował za moje między innymi pieniądze w gminnej gazetce nie ruszyły mnie zarzuty - sprawa w końcu po licznych pierepałkach (nie mogliśmy dowiedzieć się, kto właściwie wydaje gminna gazetkę, bo tego nie ma w stopce, kto jest naczelnym i kogo mamy ścigać) wylądowała w sądzie i niebawem stanie na wokandzie - ale ruszyło mnie odesłanie mojej skromnej osoby do Konstancina. Mam wracać tam, skąd przyszłam. Wychrzaniać z tej gminy, bo wyciągam coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego - przelewy, przekręty, lekarzówkę, teczki... To odpowiedź na moje „niech Pan w końcu odejdzie do swego Sulejówka, Panie Burmistrzu”. Burmistrz nie wie, co to znaczy, bo najprawdopodobniej nic nie mówi mu nazwisko Piłsudski i nie wie, co to jest ten przysłowiowy „Sulejówek”. W zamian mieszkańca gminy, tu zameldowanego i płacącego podatki traktuje jak nic nieznaczącego śmiecia. To ewenement na skalę ogólnopolską. Co ciekawsze, mówi to człowiek, który nie pochodzi stąd i który razem z rodziną przeniósł się tutaj po licznych pierepałkach w poprzednim miejscu zamieszkania. Skąd się wzięła tu rodzina burmistrza - o to najlepiej zapytać jego samego. Wątpię, żeby odpowiedział.
Gmina liczy kilka tysięcy mieszkańców. Wczoraj rozmawiałam z Tadeuszem Wachowskim, człowiekiem ogólnie szanowanym, bardzo uczciwym. Powiedział mi coś, co mnie ruszyło: „Tu się nie szanuje chłopa. Tylko miasto, a my tu żyjemy. To ma być gmina turystyczna, a chłop jest potrzebny żeby rękę podnosić”. Ma rację - my, te „wsioki” traktowani jesteśmy jak coś gorszego. Podobnie jak ci, którzy mieszkają w blokach. To ten chłam, który jest potrzebny, żeby głosować. Nie mamy kasy, nie mamy możliwości. Do nas nie można pójść i załatwić, bo cóż z nami załatwić można? Nic. Z gminnej gazetki dowiedziałam się, ze jesteśmy złodziejami - ci, którzy wykupili podobnie jak Teresa Grzęda mieszkania komunalne za 10% wartości, to szwindlarze. Tak, to tekst przewodniczącego rady miejskiej, pana Kukiełko. Grzęda, tak jak wielu naszych mieszkańców oparła się na ustawie z 1997 roku. Każdy, kto na tej samej podstawie wykupił nieruchomość jest złodziejem. To była obrona pana doktora - za swoją działkę zapłaci 13 tysięcy 500 złotych. Panie Doktorze - nie wstyd Panu? Nadal ma Pan taki zadowolony pyszczek jak w Polsacie? Pewnie tak - w końcu nic złego Pan nie zrobił, prawda? Wygrał Pan tylko los na loterii.
Nie wiem, jaka będzie Państwa wola. Nie wiem, czy odwołacie Opalacha, czy nie. Dla mnie zawodowo jest to obojętne. Odnotuję ten fakt i tyle. Dla mnie jako mieszkańca tej gminy nie jest to obojętne. Mam dosyć telefonów, że nie ma pracy, ze przyjęto kogoś z rozdania, że burmistrz olał, że wydaje nasze pieniądze. Ja chcę żyć normalnie, chociaż dzisiaj akurat szlag mnie trafił. Kto do cholery rozpuszcza te idiotyczne ploty? Bo po co się je rozpuszcza, to doskonale wiem. Mam takie marzenie - pisać nie o aferach, tylko o tym, co faktycznie się udało. Jak do tej pory trafiam wyłącznie na przekręty. I ja – Anka Grzybowska - mam tego serdecznie dosyć. Idę na referendum i zakreślam TAK.
Anka Grzybowska |
|
Poprawiony: czwartek, 16 lutego 2012 18:50 |
|
|
Jak powstaje Obserwator |
|
|
|
Głos Naczelnej
|
|
Wpisany przez naczelna
|
|
piątek, 03 lutego 2012 07:20 |
|
Nowy Obserwator pojechał przed chwilą do punktów dystrybucyjnych, a ja mam chwilę czasu, żeby wypić kolejną kawę i opowiedzieć Państwu o kulisach powstawania gazety.
Materiały do kolejnego numeru zaczynamy zbierać właściwie w momencie wypuszczenia poprzedniego. Początkowo nie mamy nic i gdzieś tak w połowie tygodnia zaczynam wpadać w lekką panikę. Tematy tradycyjnie sypią się w ostatniej chwili.
Tym razem tuż przed rozpoczęciem składu mieliśmy tragedią na Śniardwach - wiadomo, że trzeba o tym napisać, ale czasu jest mało, a wpadłam na pomysł, żeby zmusić do rozmowy któregoś z ratowników. Noc z wtorku na środę spędzam przy telefonie - podajemy na bieżąco rozwój akcji na jeziorze. We środę rano łapię strażaka, ten jest nieprzytomny ze zmęczenia, na dodatek jedzie na Wybrzeże i nie może rozmawiać. Monituję jak się da - na Facebooku zostawiam ewentualne pytania, nagrywam się na sekretarkę, załatwiam pozwolenia przełożonych chłopaka na rozmowę. Wreszcie wieczorem we środę dowiaduję się, że tekst będzie we czwartek rano. W tym czasie dzwoni Jacek, że jeśli do czwartku o świcie nie dostanie materiałów, to numeru nie będzie, bo on po prostu nie zdąży. Monituję strażaka, a tu kolejna wtopa - nie mamy tekstu z serii „nasze talenty”. Dziewczyna, która była jego główną bohaterką nawaliła, nie mamy autoryzacji, zdjęć i mamy dziurę na pół strony. Opieprzam Bogu ducha winnego Mateusza, który na biegu robi wywiad z przemiłym zawodnikiem Huraganu Wojnowo. Ten tekst miał iść w następnym numerze.
Zatykamy dziurę po talencie i zaczyna się kolejna zabawa - nie mamy zdjęć z lodowiska, a tekst już poszedł do składu, na dodatek na jedynce. Zdjęć nie ma i nie ma lodowiska - strażacy którzy mieli zalewać je wodą brali udział w akcji na Śniardwach i nie dojechali. Użebruję zdjęcie z odśnieżania dna starego basenu, Jacek klnie, ale mówi, ze coś z tego jednak będzie.
Otwieram maila, a tam listy do redakcji - dość dużo. Kolejne przynosi listonosz - pracowicie spisane na kartkach papieru w kratkę, kompletnie nieczytelnym pismem. Wybieram dwa, poprawiam co się da i puszczam do Jacka. Sprawdzam teksty już napisane, kolejne poprawki. Jest 3 w nocy ze środy na czwartek. Kładę się na chwilę, o 5 rano telefon - dzwoni bardzo miła starsza pani z hiobową wieścią, że były burmistrz otruł jej kota. Wysłuchuję długiej opowieści o zaletach nieboszczyka, słucham pomstowania na drożyznę i niskie emerytury. Pani kilkakrotnie upewnia się, ze poruszę temat nieżywego kota, za oknem dnieje. Nie bardzo jest się po co kłaść. Siadam do korekty kolejnych tekstów, modląc się, żeby strażak nie nawalił. Oczyma duszy widzę dziurę na 3/4 strony.
Dzwoni Jacek - materiał w drukarni musi być najpóźniej o 20. Zostało mało czasu, a wszystko jest w proszku. Na dodatek mam jakieś spotkanie na którym muszę być, a poza tym zapowiedziało się kilku naszych czytelników. Nie mogę odmówić, wiec muszę się sprężać. To druga z kolei zarwana noc i zaczynam podpierać oczy zapałkami. Idę zrobić sobie kolejną kawę, a z kranu nic nie leci - szlag trafił hydrofor. Łapię za telefon i organizuję pomoc, w tym czasie dzwoni jakiś pan z żądaniem, żebym natychmiast zajęła się sprawą ławek w Alei Wczasów. Nie do końca wiem, o co chodzi, obiecuję oddzwonić w poniedziałek. Potem jeszcze kilka telefonów - o dziurze i urwanym kole (notuję, żeby dziurą się zająć), o wrednym sąsiedzie, o działkach nad jeziorem, o maszcie telefonii komórkowej i o planowanej akcji społecznej. Słucham i jednocześnie poprawiam teksty. Puszczam co mam Jackowi. Przychodzą panowie reperować hydrofor, a ja zaczynam mieć apogeum zaziębienia. Ledwo mówię, mam koszmarny katar. Lecę na jedno spotkanie, potem na drugie, wpada kilka osób z wieściami i papierami różnymi. Na dworze już ciemno, a ja jeszcze nie mam wszystkiego do numeru. Na szczęście strażak wysłał materiał, nie wiedzieć czemu poprawiając też mój tekst, czego w ogóle nie zauważyłam, a szkoda. Dopiero kiedy wzięłam w rękę gazetę zobaczyłam błędy składniowe.
Uff, puściłam wszystko, jest dobrze. Dzwoni Jacek - czyli jednak nie jest. Wspólnik komunikuje mi grobowym głosem, że mamy dziurę na jedynce i na 9, a na 8 też by się coś przydało. Świetnie - kombinujemy teksty, odzywa się drukarnia z pytaniem, czy mamy coś zamiar przysłać czy nie. Jest prawie 20, a my mamy te dziury... Usiłuję wysłać Jackowi teksty, a tu pada światło. Ciemno choć oko wykol. Musze wynieść żar z pieca, bo mi rozsadzi zbiornik CO. Targam żar na dwór, jednocześnie ustalając szczegóły z Jackiem. Ciekawe, kiedy włączą światło?
Zatykamy telefonicznie dziury, Jacek puszcza całość do drukarni. Przeszło - dzwonią z Olsztyna, ze poszło na maszyny, ale kierowca będzie między 1 w nocy a 4 rano, a ponieważ jest nowy, nie wie, gdzie zrzucić nakład. Muszę przy tym być. Szykuje się kolejna fajna noc, ale przynajmniej wiem, że wszystko jest OK i nic nie powinno nawalić. Umawiam się, że kierowca zadzwoni i padam na chwilę do łóżka. Jest 24 z kawałeczkiem, czyli już piątek. Kierowca dzwoni dokładnie wtedy, kiedy udało mi się przysnąć - wyjeżdża z Olsztyna, będzie za półtorej-dwie godziny. Nie bardzo jest się po co kłaść, robię sobie kawę i czekam. Na szczęście jest światło, więc buszuję po necie. Po dwóch godzinach przyjeżdża nakład. Jest 3 z kawałeczkiem, zaraz pojawi się kolportaż. Zasypiam na chwilę, z jakiegoś miłego snu wyrywa mnie telefon. Spałam godzinę. Rozkoszny i z lekka podpity głos pyta mnie czy nie śpię. Głos poznaje, numer mi się wyświetla. Opieprzam kretyna i robię sobie kolejną kawę. Pożeram jakiś gripex i wychodzę na chwilę na dwór żeby oprzytomnieć. Zimno jak cholera.
Przed szóstą jest kolportaż, ładujemy nakład na pakę. O 6 dzwoni pierwszy wściekły Czytelnik - był po bułki i nie było Obserwatora, a napisałam, że będzie. Jak znam życie, takich telefonów czeka mnie jeszcze kilkanaście.
Przeglądam gazetę i widzę błędy. Szlag mnie trafia, odbieram kolejny telefon. Zaczął się nowy dzień.
Anka Grzybowska
|
|
Dziękuję |
|
|
|
Głos Naczelnej
|
|
Wpisany przez naczelna
|
|
czwartek, 02 lutego 2012 15:54 |
|
Serdecznie dziękuję zwartej ekipie z odległych Krzyży, która pospieszyła na ratunek mojemu hydroforowi. Dzięki Wam mam wodę. Fajnie wiedzieć, że można na kogoś liczyć.
Anka |
|
|
|
|
|
|
Strona 1 z 16 |
Copyright © 2012 Obserwator Piski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
|
|
|